Wywiad

Marta Miazga, WYWIAD Z JANUSZEM KORCZAKIEM

Warszawa, Czerwiec 1939 roku

Wywiad z Januszem Korczakiem, lekarzem, słynnym działaczem społecznym i opiekunem sierot.

Panie doktorze, powszechnie jest Pan znany warszawiakom jako Janusz Korczak. Nie jest to jednak Pana prawdziwe nazwisko. Proszę zdradzić naszym szanownym Czytelnikom jaka historia się za tym kryje.

– J.K.: Podczas studiów medycznych na Carskim Uniwersytecie Warszawskim w 1898 roku a więc jeszcze w czasach mej młodości, wziąłem udział w konkursie literackim „ Kuriera Warszawskiego”. Swój dramat „Którędy?” zgłosiłem pod pseudonimem Janasz Korczak. Imię omyłkowo zostało później zmienione na Janusz. Nie sprostowałem tej pomyłki a nazwisko przylgnęło do mnie na stałe.

Jakie jest więc Pana prawdziwe nazwisko?

– Henryk Goldszmit. Imię dostałem po dziadku. To jest taka nasza rodzinna tradycja.

Panie Korczaku, był Pan wziętym warszawskim lekarzem. W kręgach inteligencji warszawskiej uważany zawsze za autorytet. Obecnie wiele osób uważa Pana za dziwaka. Jak to się stało, że porzucił Pan medycynę i dobrze rozwijająca się karierę literacką i poświęcił się Pan pracy z dziećmi?

– Widzi Pani, ja nadal jestem lekarzem i wcale nie porzuciłem medycyny. Pełniąc obowiązki lekarza – pediatry w szpitalu oraz odwiedzając chorych podczas wizyt domowych, miałem bardzo częsty kontakt z małymi pacjentami. Badając dzieci tylko od strony biologicznej zrozumiałem, że to nie wystarczy. Zapragnąłem badać również duszę dziecka. Pojawiło się we mnie pragnienie, by zrozumieć „kim jest dziecko”? Dlatego też postanowiłem dalej się kształcić. W tym celu wyjechałem na studia do Paryża, Berlina, Londynu i Zurychu. O opinię innych nie dbam. Jestem nie po to, aby mnie kochali i podziwiali, ale po to bym ja działał i kochał.

Czym zaowocowały te podróże?

– Dzięki zagranicznym studiom dotarłem do wiedzy, która u nas w Polsce nie jest jeszcze powszechnie znana. Poznałem rozwój dziecka w aspekcie psychologicznym. Dokładnie chodzi tutaj o jego rozwój emocjonalny, umysłowy, społeczny. Zrozumiałem wtedy, że pedagogika i psychologia to przedłużenie medycyny. Poznawania człowieka nie można ograniczyć tylko do jego fizyczności. Podczas prowadzonych badań urzeczywistniło się moje marzenie
o dokonaniu tzw.
„wielkiej syntezy dziecka”.

Jaki kraj przypadł Panu najbardziej do gustu?

– Myślę, że Szwajcaria. Właśnie w Zurychu zetknąłem się ze słynną pedagogiką Johanna Heinricha Pestalozziego. Urzekło mnie jego zamiłowanie do natury i prostoty. Jest to typowa cecha Szwajcarów. Poza tym po lekturze jego pism utwierdziłem się w kwestii wyboru mojej drogi.

Panie Doktorze, pozwolę sobie zadać osobiste pytanie. Dlaczego nie powziął Pan decyzji o małżeństwie i założeniu rodziny? Mówi się, że nie interesuje się Pan kobietami.

– O tym, że nigdy nie będę miał biologicznych dzieci zdecydowałem jeszcze wtedy, gdy byłem uczniem gimnazjum. W tym czasie mój ojciec, słynny warszawski adwokat, zapadł na ciężką chorobę psychiczną. W młodym wieku doświadczyłem, czym jest ubóstwo i lęk o niepewną przyszłość. Jako dorastający młody człowiek zacząłem udzielać korepetycji, by pomóc mamie utrzymać rodzinę. Było to dla mnie ciężkie doświadczenie. Wtedy też w książce medycznej wyczytałem, że choroby psychiczne są dziedziczne1. Przestraszyłem się, że i ja mogę zachorować, a moja rodzina będzie przeze mnie cierpieć. Postanowiłem nie zakładać biologicznej rodziny. Jestem zdania, że nie wszyscy są zdolni do bycia ojcem czy matką. Co do moich upodobań, to chciałbym zatrzymać tę wiedzę dla siebie. Jak już wspominałem, o opinię innych nie dbam i jestem zbyt zajęty, by zajmować się plotkami.

Nieustannie mówi Pan o tym, że chce Pan poświęcać się innym. Zastanawia mnie, czy ma Pan jakieś prywatne zainteresowania? Czy ma Pan czas wolny?

– Bycie wychowawcą i jednocześnie dyrektorem Domu jest bardzo zajmujące. Jednak staram się również odpoczywać. Chciałbym dodać, że w Domu Sierot przy ulicy Krochmalnej 12 pracują również inni wychowawcy. Ich działania nadzoruje Pani Stefania Wilczyńska, która jest zawsze niezawodna i bardzo lubiana przez dzieci. Od zawsze interesowałem się literaturą. Uwielbiam Marię Konopnicką, Adama Asnyka, i w szczególności Bolesława Prusa. Pod wpływem jego dzieł odkryłem w młodości moje powołanie do pracy społecznej i uczynienia świata lepszym. Z zagranicznych autorów czytuję Ellen Key. Jej nowatorska książka „Stulecie dziecka” zawsze leży u mnie na półce. Poza tym staram się pisać. Obserwacja wychowanków i kontakt z nimi są dla mnie inspiracją.

W swojej kontrowersyjnej książce z 1928 roku pt. „Prawo dziecka do szacunku” zawarł Pan swój program wychowawczy. Nie spotkał się on z pełnym zrozumieniem wśród dorosłych.

– Przywołana przez Panią publikacja jest dla mnie utworem szczególnym. Zawiera bowiem esencję moich długoletnich badań nad dzieckiem oraz prowadzonych przeze mnie obserwacji w relacji dziecko – dorosły. Myślę, że dorosłym nie łatwo jest przyjąć fakt, że dziecko nie staje się człowiekiem, ale że już jest człowiekiem. Od zarania dziejów wzrastamy w poczuciu, że większe ważniejsze od małego. Szacunek i podziw budzi to, co duże, więcej zajmuje miejsca. Dorośli bardzo często pobłażliwie traktują dziecko i zabierają mu prawo do bycia sobą, do bycia tym, kim jest. Odbierają prawo do życia dniem dzisiejszym, do życia własnymi sprawami, do bycia traktowanym poważnie. O te i inne prawa apeluję nie tylko w książce „Prawo dziecka do szacunku”, ale również w moich licznych artykułach publikowanych na łamach m.in. „Tygodnika Ilustrowanego”, „Głosu” czy „Naszego Przeglądu”.

Wspominał Pan, że fascynuje się Szwajcarią. Jak wytłumaczy Pan fakt, że publicznie skrytykował Deklarację z 1924 roku podpisaną w Szwajcarii w Genewie. Jest to przecież pierwszy dokument, który na arenie międzynarodowej porusza tematykę praw dziecka.

– Owszem. Moim obowiązkiem jest chronić dzieci. Skrytykowałem charakter, w jakim została napisana Deklaracja. Ton tego dokumentu jest perswazją do świata dorosłych, prośbą o życzliwość i łaskawość względem dzieci, a nie żądaniem o należyte im prawa.

Z pochodzenia jest Pan Żydem. Czy wierzy Pan w Boga? Czy jest Pan religijny?

– Nigdy nie byłem zbytnio religijny, podobnie zresztą jak moja rodzina. Nie przykładam wagi do tradycji i przepisów. Czuję, że mnie ograniczają. Nie umiem nawet hebrajskiego. Boga szukam sam. Nie jest mi do tego potrzebny rabin, pop czy ksiądz. Takie jest moje zdanie. Jestem Żydem, moje pochodzenie jest dla mnie ważne. Jednocześnie częścią mojej tożsamości jest polskość. W wojnie bolszewickiej walczyłem w armii polskiej. Uważałem to za mój obowiązek względem Ojczyzny. Kocham Wisłę warszawską i oderwany od Warszawy odczuwam żrącą tęsknotę. Warszawa jest moja, a ja jestem jej. Powiem więcej: jestem nią.

Co sądzi Pan na temat sytuacji politycznej w Europie, a szczególnie w państwie niemieckim? Niedawno, w czasie nocy kryształowej, w całych Niemczech zorganizowano pogrom narodowości żydowskiej. Czy zamierza Pan emigrować?

– Z niepokojem śledzę to, co dzieje się w Europie. Czasem nie mogę zasnąć w nocy. Jednak staram się nie okazywać niepokoju podczas kontaktów z dziećmi. Oczywiście dzieci mają również prawo do informacji. Starszym wychowankom tłumaczymy sytuację, w jakiej znalazła się ówcześnie Europa. Staramy się je przygotować na to, co może spotkać Polskę. Dzieci mają prawo wiedzieć. Wielu moich przyjaciół przeprowadziło się do Palestyny. Próbują do tego przekonać również mnie. W Palestynie byłem kilka razy. Ostatecznie jednak uważam, że moje miejsce jest w Warszawie.

Czy odczuwa Pan złość lub niechęć do Niemców za to, co zrobili z Pana rodakami pamiętnej listopadowej nocy w 1938 roku?

– Nikomu nie życzę źle. Nie umiem. Nie wiem, jak to się robi.

Na zakończenie, co chciałby Pan przekazać naszym Czytelnikom?

– Nie wolno zostawić świata takim, jakim jest.

Dziękuję za rozmowę.

Uwagi od autorki:

– Pogrubione wypowiedzi Korczaka są cytatami pochodzącymi z jego utworów (m.in. z „Pamiętnika”). Pozostały tekst odpowiedzi Korczaka przywołany w wywiadzie jest parafrazą jego przemyśleń i nauki zawartych w jego książkach, które autorka badała podczas trzech lat studiów pedagogicznych.

1 Od autorki: W XIX wieku i na początku wieku XX naukowcy uważali, iż choroby i zaburzenia psychiczne powstają tylko na drodze dziedziczenia. W ich występowaniu nie zauważano kontekstu społecznego i emocjonalnego pacjenta. Obecnie nauka (psychiatria, psychologia) obaliła twierdzenie bezpośredniej dziedziczności. Występowanie choroby psychicznej ma zawsze wieloczynnikowe podłoże. Można jedynie mówić o pewnych tendencjach biologicznych do zapadania na choroby psychiczne, natomiast nie można bezpośrednio „odziedziczyć” choroby psychicznej po przodkach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.