Żółty tulipan, rozdział 2

Rozdział 2

Gdy Jack Watson obudził się następnego ranka, przez chwilę zupełnie nie pamiętał o odwiedzinach Veroniki Wayne. Dopiero, gdy szeroko otworzył oczy, przypomniał sobie dziewczynę i jej błagające o pomoc spojrzenie. Przez moment tylko leżał zastanawiając się czy na pewno nadal chcę dotrzymać danego słowa i złożyć jej wizytę. Veronika Wayne niewątpliwie była uroczą osobą, ale on sam nie był pewien czy jest jej w stanie pomóc. Jeszcze raz zamknął powieki i przywołał do siebie wspomnienie błękitu jej wilgotnych oczu. Tego jak chwyciła go za rękę prosząc o pomoc swoim słodkim głosem. Wtedy nie był w stanie je odmówić, a teraz?
– No dobra… – mruknął do siebie od niechcenia, – mogę chociaż spróbować.
Powoli otworzył powieki, podniósł się z kanapy i spojrzał w wiszące na ścianie lustro. To, co w nim zobaczył wcale go nie zdziwiło. Miał lekki zarost, rozczochrane włosy a na sobie stary prochowiec z poprzedniego dnia.
– No tak… – westchnął patrząc na swoje smętne odbicie, – choć raz mógłbyś się wyspać jak człowiek. Nie dało się ukryć, wyglądał fatalnie, ale od jakiegoś czasu zdążył się do tego przyzwyczaić. Powlókł się powoli do kuchni, otworzył małą szafkę nad blatem i sięgnął po plastikowe pudełko, w którym zazwyczaj trzymał ulubioną kawę. Otworzył je, ale było zupełnie puste. Obiecując sobie, że przy następnej wizycie w sklepie kupi największe opakowanie, jakie uda mu się znaleźć, powlókł się do expresu i nalał z niego resztki wczorajszej kawy. Smakowała okropnie. Była zimna i trochę gorzkawa, ale wypił wszystko do końca licząc, że to, choć trochę postawi go na nogi. Powoli przeniósł spojrzenie na okno i spojrzał na zalaną strugami ulice przed domem. Pogoda na zewnątrz była tak samo ponura jak poprzedniego dnia. Deszcz nieprzyjemnie uderzał o szyby a ołowiane chmury na horyzoncie zwiastowały nadejście gwałtownej burzy.
– Świetnie… – pomyślał odstawiając pusty kubek po kawie – mam nadzieję, że ta kobieta dobrze płaci. Moknięcie w taką pogodę nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń ale od kiedy pamiętał zawsze starał się dotrzymywać danego słowa, głownie ze względu na to że sam nie lubił gdy ktoś tego nie robił. Przejechał ręką po kilkudniowym zaroście i stwierdził, że jeszcze nie jest na tyle długi żeby musiał go golić. Owszem, wyglądał nieco niechlujnie, ale jednocześnie dodawało mu to nieco zawadiackiej oryginalności.
Jeszcze chwilę gapił się przez okno a potem chwycił kluczyki od samochodu i ruszył w kierunku głównych drzwi. Gdy tylko stanął na progu, od razu poczuł siekące krople deszczu niesione podmuchami chłodnego wiatru. Postawił więc kołnierz prochowca i niechętnie ruszył wąską ścieżką wśród podwiędłych sadzonek kwiatów. Ten niegdyś piękny i pełen życia ogród, teraz nieco podupadł. Kiedyś zajmowała się nim Miranda, żona Jacka, ale on sam nie miał do tego głowy. Czasem tylko podlewał, co bardziej zeschnięte rośliny albo przycinał kilka krzewów żeby nie wdarły się na teren sąsiadów.
– Mirando, tak bardzo mi Ciebie brakuje… – pomyślał patrząc na uschnięte płatki kwiatów. To był jeden z powodów, dla których nie lubił przebywać w tym domu – każdy szczegół przypominał mu o żonie. Prawdę mówiąc bez Mirandy czuł się trochę jak ten ogród – uwiędły i pozbawiony życia. Jednak Jack postanowił, że nie będzie się znów zadręczał – nie teraz. Przeszedł mokrą ścieżką przez podwórko i wsiadł do zaparkowanego na ulicy starego forda.
Gdy tylko przekręcił kluczyk w stacyjce, samochód od razu zawarczał odgłosem silnika. Auto ruszyło powoli z podjazdu, chwilę toczyło się po osiedlowych uliczkach aż w końcu zniknęło za szachownicą jednorodzinnych domów.
Żeby dotrzeć do rezydencji Wayne’ów należało przez kilka minut jechać miejską obwodnicą a potem skręcić w mniej uczęszczaną drogę na obrzeża. Tutaj poza ścisłym centrum Anheim, rozciągały się wielkie pola uprawne i malownicze sady, wspólnie tworząc wspaniały podmiejski krajobraz. Było to idealne miejsce dla kogoś, kto nie lubił zgiełki miasta, jego tempa życia i całego tłumu wiecznie zagonionych za czymś ludzi. Jack przypomniał sobie, że kiedyś mieli z Mirandą plany, aby przenieść się w podobne miejsce. Ona chciała zajmować się kwiatami w przydomowym ogródku i zbierać owoce z małego sadu, o którym zawsze marzyła. On wyobrażał sobie jak wieczorem przesiadują na werandzie wpatrując się czerwień zachodzącego słońca. Gdy pomyślał, że te marzenia nigdy się nie spełnią, poczuł nagłe uczucie smutku i osamotnienia. Wcisnął gaz i spróbował się uwolnić od tych posępnych myśli. Jego samochód wjechał w prostą drogę, przy której rosły drzewa jabłoni, gdy nagle niebo rozświetlił jasny piorun. Biały zygzak przemknął wysoko nad samochodem i zniknął dopiero gdzieś za linią horyzontu. W oddali zadudnił potężny grzmot a w powietrzu rozniósł się złowrogi pomruk burzy. Rozpadało się tak mocno, że wycieraczki nie nadążały ze zbieraniem wielkich ilości wody. Jack zbliżył twarz do przedniej szyby i przetarł ją rękawem, jednak bez rezultatu. Nadal niewiele widział a droga była tak zamazana jakby naprawdę rozpływała się w strugach deszczu. Nagle w oddali, zobaczył coś, co zupełnie go sparaliżowało. Gdzieś pośrodku drogi mignęła biała postać przypominająca kształtem kobietę. Nie mógł być tego pewien, ale po kilku sekundach zdał sobie sprawę, że jest prawdziwa. Najwyraźniej wybrała się w największą ulewę próbując przejść na drugą stronę jezdni. Samochód pędził wprost na nią, oświetlając postać bladym światłem reflektorów. Kobieta nagle stanęła i spojrzała prosto w przednią szybę forda. Watson poczuł jak po całym ciele przechodzą go przeraźliwe ciarki. Był prawie pewien, że zaraz w nią uderzy niczym w bezwładną lalkę. Instynktownie zrobił pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy – wcisnął pedał hamulca i ostro skręcił kierownicę. Samochód wpadł w poślizg na mokrej powierzchni, obrócił się bokiem a potem przez kilka sekund sunął środkiem drogi. Zatrzymał się dopiero po kilkunastu metrach stając niezgrabnie w poprzek jezdni. Jack wciąż oszołomiony, powoli podniósł głowę znad kierownicy i rozejrzał się dookoła. Mój Boże – wymamrotał do siebie – potrąciłem tą kobietę. Z przerażeniem odpiął pasy i wysiadł z forda wdeptując przy okazji w wielką kałuże wody. Powietrze przeszył kolejny grzmot a Jack poczuł jak chłodne krople deszczu spływają mu po twarzy. Odwrócił się w jedną stronę a potem w drugą. Droga niknęła gdzieś daleko w strugach ulewy, ale z całą pewnością była pusta.
– Co u diabła… – Watson rozglądnął się zupełnie osłupiały.
Dla pewności obszedł samochód dookoła i spojrzał na rosnące przy poboczach drzewa. Kobiety nigdzie nie było. Czując mocne bicie serca jeszcze raz zerknął na zalany deszczem asfalt a potem wsiadł do auta.
– Musisz się porządnie wyspać kolego – pomyślał, patrząc na odbicie swoich oczu w tylnym lusterku. Przetarł ręką zmoczone włosy i strząsnął z nich przeźroczyste krople deszczu. Samochód znów zawarczał ruszając powoli wzdłuż zalanej drogi. Na miejsce udało mu się dojechać piętnaście minut później, dzięki Bogu bez żadnych problemów. Chociaż był tu po raz pierwszy, nie miał najmniejszych problemów, aby odnaleźć rezydencję Wayne’ów. Była to wspaniała posiadłość położona na wzgórzu z idealnie przystrzyżonymi trawnikami, okazałymi krzewami i wysokim ogrodzeniem. Całość sprawiała wrażenie, jakby właściciele chcieli się zupełnie odizolować od reszty mieszkańców. Nieco niżej wznosiły się też inne domy, bardziej lub mniej okazałe jednak żaden nie mógł się równać z kilkupiętrową posiadłością Toma Wayne’a. Samochód Jacka jeszcze chwilę toczył się po podmiejskiej drodze aż w końcu skręcił na asfaltowy podjazd i stanął przed dużą stalową bramą. Szyba od strony kierowcy zjechała w dół, a ręka Watsona powędrowała w kierunku przycisku w zamontowanym przy wjeździe domofonie. Dało się słyszeć sygnał wołania i po chwili w głośniku odezwał się męski głos:
– Słucham.
– Nazywam się Jack Watson. Przyjechałem do Państwa Wayne.
– Czy był pan umówiony? – głos mężczyzny zatrzeszczał w urządzeniu.
– Wczoraj rozmawiałem z Panią Wayne. Miałem się z nią spotkać.
– Chwileczkę – domofon na moment zamilkł.
Jack zastanawiał się czy jest to zwykła procedura przyjmowania gości, czy też środki ostrożności podjęte po znalezieniu listu z pogróżkami. Szczerze mówiąc nie czuł się zbyt komfortowo odwiedzając rezydencję Wayne’ów. Od ludzi z wyższych sfer dzieliło go prawie wszystko. Osobiście uważał ich za zapatrzonych w siebie egoistów, dla których liczą się tylko pieniądze. Poznał w swoim życiu kilka takich osób i spodziewał się, że Tom Wayne doskonale wpisze się w jego wyobrażenia.
– Może pan wjechać… – w domofonie znów zabrzmiał głos a wielka, frontowa brama otworzyła się na oścież. Jack delikatnie wcisnął pedał gazu i ford powoli potoczył się w stronę posesji, mijając po drodze wypielęgnowane trawniki i gładko przycięte krzewy. Gdy samochód zatrzymał się przy głównym wejściu, na schodach prowadzących do domu pojawił się mężczyzna w smokingu i szybkim krokiem podszedł do auta.
– Jest pan oczekiwany – oznajmił, gdy Jack otworzył drzwi forda – proszę za mną.
Rozłożył parasol i poprowadził Watsona w kierunku marmurowych schodów, które kończyły się stylowymi drzwiami z mahoniu. Przepuścił go przodem, po czym sam wszedł do środka. Posiadłość wewnątrz zrobiła na Watsonie jeszcze większe wrażenie, utwierdzając go w przekonaniu, że Wayne’owie to ludzie lubiący się pławić w luksusie i przepychu.
– Raczy pan tu poczekać – rzekł mężczyzna w smokingu, tonem, który brzmiał przesadnie sztucznie. – Państwo Wayne zaraz się zjawią. Czy w międzyczasie zechciałby się pan czegoś napić?
– Dziękuje, nie trzeba.
– W takim razie proszę spocząć – mężczyzna wskazał wytworny fotel w kolorze karmazynu, po czym zniknął za dużymi dębowymi drzwiami. Jack zapadł się w miękkie oparcie i rozglądnął po pokoju. Znajdował się w czymś w rodzaju przestronnego salonu, urządzonego z taką elegancją, o jakiej zwykły człowiek mógłby tylko pomarzyć. Wszystkie ściany obwieszone były obrazami, z których każdy, jak sądził Jack, był wart więcej niż jego roczne zarobki. Płótna w złotych ramach przedstawiały różne rzeczy: panoramę miasta o zachodzie słońca, scenę w której dwa żurawie spacerują po zroszonej łące, a także kilka portretów nieznanych mu osób z niezwykle wyniosłymi wyrazami twarzy. Jack podążył wzrokiem po innych płótnach zastanawiając się czy znajdzie wśród nich malunek kobiety o blond włosach. Nic takiego jednak nie zauważył, więc zainteresował się antycznymi rzeźbami, które stały w kątach salonu. Podobnie jak obrazy, one też wyglądały na horrendalnie drogie. Jedna z nich przedstawiała człowieka polującego ze strzelbą na zwierzynę a druga lisa, który czai się wystraszony w napiętej pozie. Były tu też meble – szeroki stół, wytworne krzesła, szafka z kryształowymi kieliszkami – wszystko to błyszczało tak jakby czyszczono je kilka razy dziennie. Jack spojrzał na wysokie okna wychodzące na ogród i stwierdził, że czuję się bardziej jakby grał w jakimś filmie a nie składał komuś wizytę. Odwrócił głowę w prawo i dostrzegł mały stolik, na którym stała samotnie złota pozytywka. Była w kształcie ładnej kobiety o jasnych włosach. Jedną rękę miała uniesioną do góry a jej poza wskazywała na to, że jest gotowa do tańca. Watson z ciekawością przekręcił kilka razy kluczyk i filigranowa postać zaczęła się powoli obracać w akompaniamencie melancholijnej melodii. Kręciła się dookoła własnej osi z wytwornością baletnicy i Jack przez kilka sekund miał wrażenie, że postać naprawdę zaczyna tańczyć. Wpatrywał się jak zafascynowany w tą uroczą scenę, gdy nagle z zamyślenia wyrwał go męski głos:
– Podoba się panu?
Natychmiast oderwał wzrok od tańczącej postaci i odwrócił głowę. Na dużych dębowych schodach prowadzących na piętro stała Veronika a obok niej elegancki mężczyzna w garniturze. Oboje zeszli po drewnianych stopniach i stanęli przy pozytywce.
– Kupiłem ją żonie na urodziny, ale chyba wolałaby dostać coś innego. Jestem Tom Wayne. A pan to zapewne Jack Watson – mężczyzna wyciągnął rękę na przywitanie.
Jack odwzajemnił uścisk i niepewnie spojrzał na Veronike. Dziewczyna miała ten sam smutny wyraz twarzy, co poprzedniego dnia.
– Proszę się nie przejmować Veroniką, – rzekł Tom, widząc wzrok Watsona.
– Jest nieco przygnębiona od kiedy znalazła ten okropny list. To naprawdę przykra sprawa. Kogoś najwyraźniej trzymają się żarty a moja żona od dwóch dni jest kłębkiem nerwów. Mam nadzieję, że wkrótce wszystko się wyjaśni.
– Wszyscy bardzo byśmy chcieli żeby to był tylko głupi żart Panie Wayne – Jack oderwał wzrok od Veroniki i spojrzał mężczyźnie prosto w oczy. Były szare i pełne dziwnego chłodu . – Jednak w tej sytuacji musimy zachować daleko idącą ostrożność. Nie wiemy, jakie zamiary ma ta osoba a najbardziej niepokoi mnie to, że ten, kto to zrobił najwyraźniej ma dostęp do pańskiego domu.
– Świetnie Panie Watson – Tom Wayne był wyraźnie zadowolony z tak przedstawionej teorii – mam bardzo podobne odczucia. Widzę, że Veronika poprosiła o pomoc właściwą osobę. Niech pan go znajdzie panie Watson. Nieważne czy ten ktoś jest żartownisiem czy zwykłym idiotą. Liczę na pana wsparcie. Nie chcę, aby moja żona zamartwiała się choćby dnia dłużej.
– Postaram się panie Wayne. A skoro już tu jestem, chciałbym zadać kilka pytań. Jak dużo osób ma dostęp do pańskiego domu?
– Kilka… – odparł Tom, robiąc niezwykle zamyśloną minę, – lokaj, kucharz, pokojówka, kierowca, jest też dwóch ochroniarzy i ogrodnik, oczywiście trzeba też pamiętać o naszych gościach. Lubimy z Veroniką od czasu do czasu zaprosić znajomych i urządzić duże przyjęcie. Nasi przyjaciele je uwielbiają. Naprawdę świetnie się wtedy bawią.
Jack był pewien, że jedynym powodem, dla którego goście dobrze się bawią na przyjęciach Waynów, jest możliwość darmowego jedzenia i picia, ale pozostawił to bez komentarza.
– Czy któraś z tych osób zachowywała się ostatnio w dziwny sposób? Może zrobiła albo powiedziała coś, co zwróciło pańską uwagę?
Tom zwęził oczy i spojrzał gdzieś ponad ramieniem Watsona jakby starał się sięgnąć w głąb swojej pamięci.
– Nie – pokręcił lekko głową, – nic takiego sobie nie przypominam. Ale jeśli tylko coś zauważę na pewno pana powiadomię. A teraz proszę wybaczyć – podwinął lekko rękaw i spojrzał na drogi zegarek ze złotą tarczą – muszę się udać na bardzo ważne spotkanie. Mam nadzieje, że nie obrazi się pan, jeśli Veronika dotrzyma panu towarzystwa. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął telefon, przytknął go sobie do ucha i ruszył w kierunku drzwi.
– Dziękuje, że się pan zjawił – powiedziała Veronika, gdy Tom Wayne wsiadł na tylne siedzenie swojej limuzyny i odjechał sprzed domu. W oczach dziewczyny było widać wdzięczność, że nie rozmyślił się aby tu przyjechać.
– Czuję się o wiele bezpieczniej, gdy nie jestem sama. A teraz bardzo chciałabym coś panu pokazać. To drobny szczegół, o którym wcześniej nie wspomniałam, ale myślę, że może pana zainteresować. Proszę iść za mną.
Veronika poprowadziła Watsona schodami na górne piętro a potem wzdłuż eleganckiego korytarza z wieloma drzwiami. Dziś miała na sobie ciemnoniebieską spódnicę, która odsłaniała zgrabne nogi a do tego czarne szpilki, którymi stukała przy każdym kroku. Jako że szła pierwsza, Jack przyłapał się na tym, że mimowolnie wpatruje się w jej uda, więc podniósł oczy i zagadnął coś na temat Toma Wayne’a.
– Pani mąż wygląda na osobę, która jest bardzo pewna siebie – powiedział, zrównując się z nią krokiem.
– Tak. Tom był taki, od kiedy pamiętam. Chyba nawet to zaimponowało mi najbardziej, kiedy go poznałam. Ale niech pan nie da się zwieść pozorom. Znam swojego męża już dość długo i zapewniam pana, że potrafi grać jak nikt inny. Czasem mam nawet wrażenie, że grał przez całe nasze małżeństwo.
Veronika westchnęła i skręciła w białe drzwi na końcu korytarza. Jack wszedł tuż za nią i znalazł się w przytulnym pomieszczeniu z niewielkim kominkiem i dwoma puchowymi fotelami. Było tu inaczej niż na dole, bardziej ciepło i przytulnie. Od razu dało się wyczuć, że pokój był urządzony przez kobietę. Do prawej ściany przylegała mała toaletka z lustrem. Na jej blacie stały opakowania po kosmetykach, kilka szczotek do włosów i butelka drogich perfum. Jack bez trudu potrafił wyobrazić sobie jak dziewczyna rano siada przed lustrem, czesze delikatnie włosy i spryskuje zmysłowym zapachem. Zaciekawiło go czy dzisiaj ma na sobie te perfumy, ale żeby to sprawdzić musiałby stanąć koło Veroniki Wayne nieprzyzwoicie blisko.
To jest mój prywatny pokój – wyjaśniła dziewczyna, podchodząc do małej komody przy ścianie. Lubię tu czasem spokojnie poczytać albo po prostu posiedzieć w samotności. Ale jak już wspomniałam chcę coś panu pokazać.
Sięgnęła do szuflady komody i wyciągnęła z niej kwiat o zielonej łodydze i jaskrawych liściach.
– Żółty tulipan? – zapytał zaskoczony Watson.
– Tak. Nie wspomniałam o tym wcześniej, ale teraz wydaje mi się, że to dość istotne. Znalazłam go razem z kartką, chociaż nie wiem, co te rzeczy mogą mieć ze sobą wspólnego.
– Czy mogę zobaczyć miejsce, w którym go zostawiono?
– To stało się późnym wieczorem, dokładnie dwa dni temu. Akurat skończyłam brać kąpiel i poszłam się ubrać do garderoby. Wtedy zobaczyłam przyklejoną kartkę i leżący na podłodze kwiat. Garderoba jest tuż obok, proszę podejść – kobieta otworzyła drzwi do sąsiedniego pomieszczenia i zachęciła Watsona gestem żeby wszedł za nią.
To, co Veronika Wayne nazywała garderobą, dla Jacka było po prostu przestronnym pokojem z mnóstwem półek. Na każdej z nich leżały starannie poukładane ubrania a na jednej ze ścian wisiało dużo dwumetrowe lustro.
– Gdy weszłam tu tamtego wieczoru, od razu wiedziałam że dzieje się coś niedobrego. Kwiat leżał na ziemi, o tutaj, a na lustrze ktoś przykleił kartkę z pogróżkami.
Watson podszedł bliżej i przyjrzał się swojemu odbiciu. Na srebrnej tafli zwierciadła wciąż jeszcze widniały ślady po taśmie klejącej. Wyciągnął rękę i delikatnie musnął powierzchnie lustra. Człowiek, który patrzył na niego z drugiej strony miał lekko podkrążone oczy, niesforne włosy i kilkudniowy zarost. Wyglądał jakby potrzebował porządnego wypoczynku. Przez chwilę wpatrywał się w swoją zmęczoną twarz, gdy nagle stało się coś zupełnie niespodziewanego – odbicie w lustrze delikatnie zafalowało i zrobiło się niewyraźne jakby za chwilę miało zupełnie zniknąć. Watson mrugnął kilka razy oczami i spojrzał na swoje ciało by upewnić się, że to tylko złudzenie. Przeniósł wzrok ponownie na zwierciadło, ale jego powierzchnia tym razem już nie falowała. Z drugiej strony patrzył na niego ten sam zmęczony człowiek, co wcześniej. I gdy już miał zamiar się odwrócić, jego czoło niespodziewanie przeszył silny, dokuczliwy ból. Jack złapał się ręką za głowę i oparł o ścianę żeby nie upaść. Jego serce zaczęło bić jak młot a skronie pulsowały tępym bólem. Miał wrażenie, że gdzieś w gardle utknęła mu wielka kula, która dusi go, blokując dostęp powietrza. Podniósł nieprzytomnie wzrok i spróbował spojrzeć na swoje odbicie. Jednak twarz, którą tam zobaczył, na pewno nie była jego własną. Z lustra patrzyła na niego postać kobiety o bladej cerze, ciemnych włosach i zielonych oczach. Wyglądała jednocześnie strasznie i tajemniczo. Miała na sobie białą suknię zakończoną u dołu eleganckimi falbanami. Gdzieś w okolicach jej serca rozciągała się duża czerwona plama, która nieprzyjemnie przywodziła na myśl krwawiącą ranę. Kobieta otwarła usta i coś do niego powiedziała, ale Jack nie był w stanie usłyszeć nawet słowa. Nawet nie wiedział czy chce ją usłyszeć. Pomyślał, że to tylko wizja albo halucynacja spowodowana brakiem snu. Na pewno zaraz minie…
– Panie Watson… – gdzieś z oddali dotarł do niego głos Veroniki. – Dobrze się pan czuje?
Nagle ból ustąpił i wszystko zaczęło wracać do normalności. Rozmazane kształty garderoby na powrót przybrały swój wyraźny kształt a on poczuł jak do jego płuc wlatuje ożywcze powietrze.
– Słucham… ? – zapytał trochę zdezorientowany.
– Czy wszystko w porządku? Wygląda pan, jakby coś panu dolegało…
– Nie, nic mi nie jest… – odrzekł nieco zakłopotany całą sytuacją. Wziął kilka głębokich wdechów i przetarł oczy wierzchem dłoni. Veronika Wayne zmierzyła go zaniepokojonym spojrzeniem. Chociaż nie mogła wiedzieć, co się stało, wyglądała na bardzo zatroskaną.
– To tylko migrena – skłamał, starając się usprawiedliwić swoje zachowanie.
– Ostatnio często mi dokucza. Jeszcze raz przetarł ręką oczy i nieśmiało spojrzał w lustro. Wyglądało całkiem normalnie odbijając zwykły obraz garderoby i jego sylwetki.
– Pani Wayne… – powiedział, powoli odwracając wzrok w jej stronę – czy zatrudniają państwo ogrodnika? Wydawało mi się, że mąż wspominał o osobie zajmującej się ogrodem.
– Benny? No cóż, jeśli można go w ogóle nazwać ogrodnikiem… owszem, zajmuje się roślinami i strzyże krzewy, ale na kwiatach zna się raczej słabo. Nawet nie jestem pewna czy byłby w stanie odróżnić poszczególne gatunki. Myśli pan, że ma z tym coś wspólnego?
– Nie wiem pani Wayne. Wczoraj dała mi pani do zrozumienia, że podejrzewa pani męża, jednak w mojej pracy nauczyłem się, że bez dowodów, podejrzenia są niewiele warte. Myślę, że powinna mieć pani męża na oku, ale w tym momencie, krąg podejrzanych jest dla mnie tak szeroki, jak liczba osób, które miały dostęp do państwa domu. Mam nadzieję, że pani to rozumie. A teraz, myślę że będzie dobrze, jeśli zamienimy kilka słów z państwa ogrodnikiem.
– Świetnie. W takim razie proszę za mną. Powinien być gdzieś koło domu.
Veronika zastukała obcasami i poprowadziła Watsona korytarzem z powrotem do salonu na parterze. Potem wyszli głównymi drzwiami, przeszli ścieżką wiodącą wśród rzędów kolorowych kwiatów i dotarli na tyły rezydencji.
– Jest tam – dziewczyna wskazała postać, klęczącą wśród rowków ziemi.
Benny Matwick był mężczyzną w średnim wieku, z nieco przerzedzonymi włosami w jasnym kolorze i ogrodowymi spodniami na szelkach. Gdy do niego podeszli trzymał w ręce małą łopatkę i przekopywał grządki z ziemią, zapewne przygotowując je pod nowe sadzonki.
– Benny, to jest Pan Watson – powiedziała Veronika. – Chciałby ci zadać kilka pytań.
Mężczyzna odwrócił głowę i obrzucił ich chłodnym spojrzeniem. Wyglądał na niezadowolonego z faktu, że ktoś przerywa jego pracę. Powoli podniósł się z ziemi otrzepując rękami kolana. Na przedramieniu miał kilka czerwonych zadrapań, które nie wyglądały jakby powstały przy sadzeniu kwiatów.
– Wie pan, co to jest? – zapytał Jack, wyciągając żółty tulipan i pokazują go z bliska mężczyźnie.
– No pewnie – odrzekł Benny, dosyć nieuprzejmym tonem – to kwiatek.
Watson pomyślał, że pierwsze wrażenie go nie myliło i nieprzyjemna powierzchowność ogrodnika obejmuje także jego charakter.
– A ściślej mówiąc tulipan. Kiedyś sadziłem mnóstwo tego cholerstwa. Ale pan Wayne wolał co innego, więc od jakiegoś czasu rosną tu głównie róże. Jakby mnie kto pytał, to nie widzę różnicy. Kwiatek to kwiatek, nie?
– Chyba tak. A czy w mieście ktoś jeszcze hoduje kwiaty? – zapytał Watson, wygrzebując z kieszeni mały notes.
– Bo ja wiem… odparł Benny, ocierając ręką spocone czoło – znam takiego jednego gościa, nazywa się Harry White. Ma dużą plantacje kwiatów jakieś 20 minut drogi stąd. Kiedyś widziałem tam całkiem sporo tulipanów i wiem, że facet sprzedaje je w całym mieście. Nikt inny nie przychodzi mi do głowy.
– A czy pracował pan w ogrodzie przedwczoraj?
– Nieee… – Benny stanowczo pokręcił głową – przedwczoraj była niedziela. Nigdy nie pracuję w niedziele. Cały dzień przeleżałem z piwem na kanapie i gapiłem się w telewizor. Nie ma to jak trochę lenistwa, co?
– Możliwe… – Watson zapisał nazwisko w notesie i schował go do kieszeni – Dziękuję, na razie to mi wystarczy.
Ogrodnik nic nie odpowiedział tylko ukląkł i wrócił do swojego grzebania w grządkach ziemi.
Jack wrócił tą samą ścieżką, którą przyszli, pozwalając się odprowadzić Veronice do drzwi swojego samochodu. Nie był pewien czy uwierzył temu człowiekowi ale do głowy przyszedł mu pewien pomysł, który mógłby pomóc co nieco rozjaśnić sytuację.
– Dziękuje Panie Watson – powiedziała Veronika, gdy wsiadał do swojego forda.
– Przynajmniej wiem, że nie siedzę bezradnie i nie czekam aż ktoś zrobi mi krzywdę.
– Proszę obserwować wszystkich, którzy wchodzą do domu – odrzekł przekręcając kluczyk w stacyjce. – I jeśli coś pani zauważy, proszę natychmiast mnie powiadomić. Odezwę się, gdy tylko sprawdzę kilka rzeczy.
Veronika skinęła głową i z niepewną miną weszła po głównych schodach rezydencji. Po chwili zniknęła za drzwiami ogromnego domu.

Gdy Jack odjeżdżał sprzed posiadłości Wayne’ów, zastanawiał się czy wykręcić ten numer telefonu. Należał on do jego starego przyjaciela – Leonarda Bent’a. Leonard był wysoko postawionym funkcjonariuszem w miejscowej policji a Jack ze względu na dawną znajomość czasami prosił go o pomoc.
– Tak… – pomyślał w końcu, gdy kilkanaście minut później parkował forda pod swoim biurem. – Zobaczymy, co słychać u poczciwego Leonarda. Wszedł na drugie piętro kamienicy, usiadł przy biurku i wykręcił numer policyjnej centrali. Wiedział, że może liczyć na pomoc starego przyjaciela. Ten nigdy mu nie odmawiał a Jack rewanżował się gdy tylko policja miała problem z jakąś bardziej zawiłą sprawą.
Po dwóch sygnałach w słuchawce odezwał się kobiecy głos:
– Departament policji miasta Anheim. W czym mogę pomóc?
– Nazywam się Jack Watson. Chciałbym rozmawiać z Leonardem Bent’em.
– Chwileczkę, już łącze.
Przez moment znów dało się słyszeć sygnał wołania a potem z drugiej strony ktoś podniósł słuchawkę:
– Halo…
– Witaj Leonardzie. Dobrze cię słyszeć – w głosie Watsona dało się wyczuć lekkie rozbawienie.
– Jack! Jak się masz? Już zacząłem się zastanawiać czy aby przypadkiem nie rzuciłeś tej detektywistycznej roboty.
– Jeszcze nie, ale uwierz mi, czasami poważnie się nad tym zastanawiam. Słuchaj, potrzebuje małej przysługi. Myślisz, że mógłbyś coś dla mnie sprawdzić w komputerze?
– Och Jack – Leonard westchnął głęboko – dlaczego, chociaż nie powinienem, zawsze się na to zgadzam… ?
– Bo wiesz że dzięki temu, pomogłem policji zapuszkować kilku groźnych bandziorów?
– Tak, to chyba dlatego – Leonard zaśmiał się głośno – więc czego potrzebujesz?
– Chciałbym żebyś sprawdził dla mnie dwa nazwiska: Benny Matwick i Harry White.
– W porządku, poczekaj chwilę.
Leonard wklepał oba nazwiska do komputera i wcisnął przycisk wyszukiwania.
– Benny Matwick… – mruknął pod nosem – gość jest czysty jak łza. Wygląda na to, że w ogóle nie był notowany.
Watsona to zastanowiło. Był pewien, że akurat przy tym nazwisku pojawią się ciekawe informacje.
– A ten drugi facet? – zapytał. – Harry White?
– Harry White… – powtórzył Leonard i znów dało się słyszeć stukanie klawiszy komputera. – A niech mnie, coś znalazłem… posłuchaj: pobicia, zakłócanie porządku publicznego, spędził rok w więzieniu za napaść z rabunkiem. Niezłe ziółko, co?
– Tak… – powiedział Jack zapisując wszystko na kartce.
– Słuchaj a co to w ogóle za sprawa? Coś dużego? – zapytał z zaciekawieniem Leonard.
– Jeszcze nie wiem, możliwe. Wiesz co – powiedział Watson odkładając powoli długopis – facet wygląda dość podejrzanie. Myślę, że wybiorę się do niego i trochę powęszę. Jeśli chcesz możesz jechać ze mną. Przyda mi się tam przedstawiciel policji. No wiesz, odznaka zawsze wzbudza respekt.
– Zdziwiłbyś się – głos Leonarda zachichotał w telefonie – znam takich, którzy na widok odznaki chętnie by cię zastrzelili. Ale niech będzie, podjedz po mnie wieczorem. Przyda Ci się jakieś towarzystwo.
– Pewnie tak – rzekł Jack i stwierdził, że jego przyjaciel ma rację. Jeszcze nigdy nie czuł się tak samotny, jak przez ostatnie kilka miesięcy.

 


Autor: Konrad M. Pietrasiński