Społeczeństwo

Obrazki z Ukrainy cz. 5

Tekst: Oktawia Galbierska

 

Dom

Jak ostatnio wspomniałam, mama Wadima piekła drożdżowe bułeczki. A skoro już przechodziliśmy obok ich domu, nie mogłam nie skorzystać z zaproszenia (dosłownie: nie mogłam – to byłaby obraza dla gospodarzy) na owe wypieki. I kakao.

Lilę poznałam już wcześniej. Bije od niej blask dobroci i serdeczności. Niestety – spod twarzy spiętej troską i zmartwieniami. Czasami Lila zapomina o spotkaniach ze znajomymi, o rzeczach, które miała zrobić. Co ją dręczy? Chodzi oczywiście o pieniądze, jak prawie zawsze prawie wszystkim Ukraińcom. I nie ma się czemu dziwić. Lila z mężem pracowali w Niemiroffie. Po zwolnieniach, którymi byli objęci, nie znaleźli niczego na stałe. A szukają cały czas. Lila jeździ do Polski – pół roku tu, pół roku tam. Bardzo cierpi z tego powodu. Raz, że tęskni za domem, mężem  i naturalnie za dziećmi – Wadimem i o rok młodszą Leną. Dwa, że ma chorą mamę, która może umrzeć w każdej chwili. Trzy, że w Polsce pracowała u różnych ludzi.

– Raz byłam u takiej starszej pani w Poznaniu, na Ławicy. Poprzednia opiekunka jej się nie podobała, a ja tak, więc chciała, żebym została na dłużej. Tłumaczyłam jej, że mam dzieci, że wracam do domu, ze tęsknię i oni potrzebują matki. A ona na to, że już są duże i niepotrzebnie chcę do nich jechać, że mam u niej być już na zawsze i że już załatwia dokumenty. A Wadim miał dopiero 14lat! Bałam się. Nie mogłam też wychodzić z mieszkania ani z nikim rozmawiać. Miałam tam jedną znajomą, jeszcze z Ukrainy, i czasem wieczorami, jak ta pani spała, wpuszczałam ją do domu i trochę rozmawiałyśmy. Wyjechałam stamtąd i nigdy już do niej nie wróciłam. Nie chcę jechać do Polski, chcę coś znaleźć tutaj, a nic nie ma, nawet w mieście…

Mąż Lili chwilowo gdzieś dorabia. Spał po nocce, kiedy u nich byłam. Ona sama przez pierwsze dziesięć minut przepraszała mnie, że tak nieposprzątane (wcale nie było bałaganu) i że przyjmuje mnie w roboczym ubraniu… Wadim od razu postawił moje przemoczone buty na wielkim, bardzo pięknym i jeszcze bardziej starym piecu kaflowym.

Dom jest jednopoziomowy. W przedsionku stoi oczywiście sofa, która w lecie zapewne wywędruje na ganek. Kuchnia umiejscowiona została w korytarzyku prowadzącym do łazienki. Tak małej i tak biednej kuchni jeszcze nie widziałam. Stały tam bodaj cztery szafki (w tym zlewozmywak), lodówka i mały piecyk elektryczny na jedną blachę z przekrzywionymi, naderwanymi drzwiczkami. Naturalnie nie ma tam miejsca na stół. Zajrzałam do łazienki – wanna i bojler. Część mieszkalna składa się z czterech pokoi, w tym dwóch przechodnich. Wszystko bardzo schludne, z obowiązkowymi dywanami na ścianach i wystawką szkła za szklaną witryną. Z tył domu, z osobnym wejściem, stoi dobudówka dla rodziców.

– Mama nie chce z nami mieszkać – powiedziała Lila – mówi, ze jest stara i nie będzie się już nigdzie przed śmiercią przenosiła. Ale jak przestanie sobie zupełnie radzić, to przecież musi tu przyjść, bo co innego zrobimy?

Toaleta znajduje się na dworze, przy garażu. W garażu samochód, oczywiście rzadko używany, bo nie ma na paliwo Po niewielkim podwórku biega mały, zezłoszczony pies; kilka kur leniwie przechadza się przed swoi domostwem. Kiedyś była nawet świnia. Ale to kiedyś.

Następną godzinę spędziłam oglądając zdjęcia. Najpierw tradycyjne albumy – z dzieciństwa Wadima i Leny (która siedziała obok mnie i opisywała poszczególne fotografie), z urodzin, przedszkolnych występów czy niezapomnianych wakacji na Krymie, gdzie cała rodzina szczęśliwie wylegiwała się na wysuszonym stepie albo skakała przez morskie fale.

– Teraz już na Krym nie pojedziemy. Ale może później? No, prezydent Ameryki, Trump, kazał Putinowi oddać Krym! Putin się go chyba boi, to może posłucha?… – Ekscytował się Wadim.

Na zdjęciach rodzeństwo wyglądało na słodziutkich i wybitnie się kochających. Razem śpiewali i trenowali taniec; przytulali się na co drugiej fotografii. Dziś już przeszła im ta serdeczność, ale podczas mszy świętych stanowią zgrany duet wokalno-keyboardowy.

Po albumach przyszła kolej na foldery dysku „D”, które skrywały w sobie zapis pobytu tutejszej grupy młodzieży (i nie tylko) na spotkaniu z Papą Rymskim (oczywiście – Ojcem Świętym) w Krakowie. Dzieci Lili to kolejne spotkane tu przez mnie osoby, które wciąż żyją Światowymi Dniami Młodzieży. Każdy rozpływa się nad pięknym Lublinem (gdzie przebywali na dniach diecezjalnych) oraz Krakowem (co mnie wcale nie dziwi). „Z Papą Rymskim stałem tak, jak teraz z tobą!” – usłyszałam pewnego razu.

Wyjazd do Polski to było coś. Jak wjazd do Ziemi Obiecanej, jak powrót do raju. Czyli to, co ja przeżywam, przyjeżdżając tutaj.

***

Jakiś czas później wszyscy tu opisani składali mi życzenia urodzinowe:

– I żeby te wszystkie cierpienia, które tu, na Ukrainie, przeżywasz, obróciły ci się na dobre – powiedział Wadim.

– Jakie cierpienia?

– No, jakieś na pewno są. Duże. Na Ukranie dużo się cierpi.