Społeczeństwo

Obrazki z Ukrainy cz. 4

Tekst: Oktawia Galbierska | Grafika: Katarzyna Ociepska |

 

Wadim (25.02.2017r.)

Odstające uszy, wydatne usta, kryjące się w nieco ciemniejszej karnacji piegi, postawa szczupła z długimi kończynami. Oto Wadim, lat 16, uczeń 8 klasy winnickiego koledżu. Po zakończeniu szkoły będzie nauczycielem młodszych klas. Poznałam go na początku lutego, jako nieśmiałego młodzieńca, którego mama prosiła mnie o lekcje polskiego dla niego. Po czasie (uściślając: po pierwszej grze w bilard) owa nieśmiałość zaczęła się oddalać, a zza jej story ukazała się postać dość inteligentnego i bardzo kulturalnego „młodego człowieka”.

Dziś wybraliśmy się na spacer po Niemirowie. W samym centrum miasteczka znajduje się tzw. chiński market, a przed nim niewielki placyk z trzema powiewającymi flagami: ukraińską po środku i dwiema niezidentyfikowanymi po bokach.

– Słyszałaś kiedyś o Leninie? – zagadnął Wadim. (Tak, to pytanie nie potwierdza inteligencji, o której napisałam wyżej.) Po moim potwierdzeniu wskazał na wspomniany placyk i powiedział:

– Tu kiedyś stał jego pomnik. Tak z trzy, cztery lata temu. Po Majdanie go zburzyli, bo burzyli wszystko, co sowieckie. Lenin był z drogich metali, na przykład z brązu. Trudno go było zburzyć. Metale sprzedali. A tu. – Wskazał ręką na budynek, którego parter zajmowała apteka i chyba monopolowy, a piętro było zamieszkane. – Tu, podczas drugiej wojny światowej, mieszkali niemirowcy partyzanci.

– I co, wszyscy o tym wiedzieli? Przecież to budynek w centrum miasta?

– No, wszyscy, którzy powinni wiedzieć. Ruscy też się dowiedzieli i ich powiesili. Na tym placu z Leninem.

Szliśmy dalej. Wiosenne roztopy zamieniały całkiem niezły chodnik w śniegową papkę. Po kilkudziesięciu metrach doszliśmy do jednego z wielu jezior, która są rozrzucone wokół Niemirowa. Stoi nad nim opuszczony budynek, który w czasach swojej świetności musiał prezentować się nad wyraz dobrze.

– Tu była taka no… oczyszczalnia. Na górze była restauracja, a na dole oczyszczalnia, taka, że można było pić wodę z jeziora. Potem nie wiem, co się stało, ale się popsuła i zamknęli. Ale tam, dalej, jest druga.

Chcieliśmy skorzystać z ostatniej już pewnie w tym roku okazji i wejść na zamarzniętą taflę, ale lód nie był pewny. Poszliśmy dalej, w stronę jednego z cmentarzy, których jest tu tyle, co jezior.

– Wolisz być w Winnicy czy w domu? – Zapytałam, gdyż Wadim w dni robocze uczył się w „mieście”.

– Tutaj. Jak jestem w Winnicy, to tęsknię. Tu mam rodzinę, jest coś do zrobienia zawsze.

– A w Winnicy masz jakąś kwaterę (mieszkanie)?

– Tak, mieszkam z dwoma chłopakami. Jeden jest sportowcem, jak nie trenuje, to śpi. A drugi pracuje i ciągle go nie ma. A ja tak sam.

– I masz swój pokój, tak?

– Nie, wszyscy mieszkamy w jednym pokoju.

– A ile ich jest w mieszkaniu?

– Jeden. I kuchnia.

– I łazienka?

– Nie, myjemy się w misce. A toaleta w korytarzu. No, można szukać lepszej kwatery, ale to kosztuje.

– A masz tam jakiś przyjaciół?

– Tak, jasne, w szkole.

– To czemu z nimi nie mieszkasz, tylko sam siedzisz?

– No wiesz… U nas, na Ukrainie, trudno mieć rodzinę i z nią żyć. A takiego jednego, prawdziwego drucha, to dopiero trudno. Takich nie ma. Można mieć przyjaciół w szkole, ale w życiu to już tak… nie bardzo.

Mijaliśmy domki, do których prowadziły bramy we wszystkich kolorach tęczy, a na których tarasach stały różnego rodzaju sofy.

– O, to kocham w Ukrianie – powiedziałam – w Polsce nikt by sobie tego na dworze nie postawił, takie sofy tylko w domu. Na podwórku są meble z drewna, z wikliny.

– No widzisz, a u nas tak prawie w każdym domu, choć co tu znajdziesz. Wychodzisz, chcesz wygodnie usiąść i masz.

Wadim jest kolejną osobą, która nie rozumie moich głębokich uczyć do jego kraju. Wypytywał mnie o to, skąd jestem, dlaczego tu jestem i gdzie tak dobrze nauczyłam się mówić po ukraińsku (choć wg mnie jest to dukanie początkującego). Na drugie z pytań odpowiedziałam, jak zwykle, o panującej tu dla mnie wolności i, jak zwykle, spotkałam mur niezrozumienia.

Chwilę później sam zadał pytanie:

– A czy u Was się chodzi na Nowy Rok no, tak, z pszenicą?…

– Tak, ja chodziłam z siostrą i kuzynkami. Śpiewaliśmy tak jakoś… „na szczęście, na zdrowie, na ten nowy rok, niech wam się darzy pszeniczka i groch i żytko i wszystko…”, tak to chyba szło.

– My też chodzimy. Tylko u nas wrzucają hrywny, a u was złotówki. Ile tak wrzucają? Złotówkę, dwie?..

– Czasami nawet 10 albo 20. – Uśmiechnęłam się. – Ale to do podziału ze wszystkimi.

– No!!! To tak można na maszynę (samochód) uzbierać!

– Nie! – Znów się zaśmiałam. – Na maszynę na pewno nie.

Skręciliśmy na cmentarz. W porównaniu z polskimi jest dość stary, właściwie wygląda na opuszczony. Ten podzielono na dwie części: starą – rosyjską oraz nową – ukraińską. Poznać je można po cyrylicy na nagrobkach. Te są przeróżne. Najczęściej występują proste krzyże, prawosławne lub katolickie (gdyż śmierć godzi oba obrządki na wspólnej ziemi). Zdarzały się również spore, grafitowe pomniki – tablice z wygrawerowanymi wizerunkami zmarłych i kilkoma linijkami tekstu. Mój towarzysz zatrzymał się przy jednym z nich, na którym widniało popiersie całkiem przystojnego mężczyzny.

– To mój wujek. Zmarł, jak miał 21 lat. Skaleczył się w nogę i nie powiedział nic babci. Wdało się zakażenie i potem umarł. Nie znałem go.
Następnym przystankiem był świeży grób dziadka Wadima. Odmówiliśmy polsko – ukraiński Anioł Pański i wyszliśmy na ulicę, po drodze wycierając błoto w śnieg. Droga powrotna była ciągłym przepraszaniem Wadima za to, że przemokły mi buty. A potem jego mama zaprosiła mnie na drożdżowe bułeczki, ale o tym w przyszłym tygodniu.