Polityka

Polityczny czar

Tekst: Katarzyna Kudełka

Mówi się, że papier wszystko przyjmie. Jednak wyborcy pod tym względem wcale nie są gorsi. W stosunku do polityków wykazujemy się daleko idącą łatwowiernością. Daliśmy się nabrać na 100 mln dla każdego, czarną teczkę, czy drugą Irlandię. Co takiego mają w sobie politycy, że „wierzymy im na słowo”?

Obietnice wyborcze, czy jak kto woli kiełbasa wyborcza. Bez tego nie wyobrażamy sobie żadnej kampanii. Politycy doskonale wiedzą, że jeśli nic obiecają, to mogą zapomnieć o wygranej. I obiecują. Dużo, jeszcze więcej, a nawet to, co leży poza przyznanymi im przez prawo kompetencjami. A my w te obietnice ślepo wierzymy, wyłączając niekiedy swój zdrowy rozsądek. Tak było chociażby w 1990 roku. Pierwsze wolne wybory Głowy Państwa. Z powodu rozłamu w obozie Solidarności wszystkim wydaje się, że w „bratobójczej” rywalizacji zmierzą się ze sobą Wałęsa i Mazowiecki. Aż tu nagle pojawia się On. Człowiek z czarną teczką. Nikomu nie znany Stan Tymiński, który przyjechał z Peru, aby powalczyć o prezydenturę w Polsce. Początkowo nikt nie traktował go jako poważnego kandydata, mogącego zamieszać w rywalizacji o fotel prezydenta. Nikomu nie był znany i nie miał żadnego zaplecza politycznego. Tymczasem wbrew oczekiwaniom, to właśnie on, a nie Mazowiecki wszedł do drugiej tury, czym wywołał niemałą panikę.  Ostatecznie starcie wgrał jednak Wałęsa.  5 lat później nie udało mu się jednak już powtórzyć swojego sukcesu. Na drodze stanął mu Aleksander Kwaśniewski, kandydat byłej partii komunistycznej. To co w 1990 byłoby nie do pomyślenia, wtedy stało się faktem, przede wszystkim dzięki profesjonalnie przygotowanej kampanii wyborczej. Miała ona iście amerykański styl,  przy jednoczesnym wykreowaniu Kwaśniewskiego na zwykłego Polaka. Z jednej strony podkreślano jego wykształcenie, dobrą znajomość języków obcych i atrakcyjność fizyczną. Przed kampanią mocno schudł, nie szczędził sobie także wizyt w solarium. Jego ubrania były eleganckie, modnie i często miały kolor niebieski, który oznacza spokój i dystans. Z drugiej strony Kwaśniewski udowadniał, że jest taki jak wszyscy. Można było go zobaczyć także w dresie, interesował się piłką nożną, a hymnem jego kampanii stała się disco-polowa piosenka „Ole Olek”. Niewątpliwie elementem, który przesądził o jego zwycięstwie w II turze były telewizyjne debaty. Kwaśniewski zachował się w nich jak rasowy polityk. Nie dał się wyprowadzić konkurentowi
z równowagi, co jeszcze bardziej rozzłościło Wałęsę. Do historii przeszło już jego stwierdzenie, które zakończyło jedno ze starć- „Panu to ja nawet nogi nie podam”.

words-1752968_640Zachowanie spokoju podczas debaty jest jednym z kluczowych elementów decydujących o jej wygraniu. Ważniejsze jest bowiem to jak polityk mówi i wygląda, niż to, co mówi. Udowodniła to pierwsza w historii debata telewizyjna, między ubiegającymi się o urząd Prezydenta Stanów Zjednoczonych Richardem Nixonem, a Johnem Kennedym.  Wyborcy słuchający tego starcia w radiu uważali, że Nixon wypadł w trakcie niego lepiej. Jednak  ci, którzy oglądali je w telewizji nie mieli żadnych wątpliwości, kto został jej zwycięzcą, a w konsekwencji 35. Prezydentem USA. Wielu Amerykanów przyznało później, iż to właśnie debata przesądziła, na kogo oddadzą swój głos. Wtedy przekonano się także, że takie jakby się wydawało drugorzędne drobnostki, jak  dobrze dobrany garnitur, mówienie wprost do kamery, a nawet błahy puder na twarzy, mają przeogromne znaczenie w przekonaniu do siebie wyborców.

Samo spotykanie się z wyborcami przez szklany ekran, chodź ważne, nie zastąpi tego jeszcze ważniejszego- spotkania twarzą w twarz.  Stąd pomysły polityków, by w kampanii wyborczej objeżdżać cały kraj. Wykorzystują do tego różne środki transportu: samoloty, jak Janusz Korwin- Mikke, który podczas ostatniej kampanii prezydenckiej poruszał się  Air KORWIN On, który swoją nazwą nawiązywał do samolotu amerykańskiego Prezydenta; specjalne autobusy (Kwachbus, Szydłobus); czy pociągi, którymi poruszała się Ewa Kopacz. Każda taka wizyta wśród wyborców jest starannie przygotowana. Kandydaci wcześniej zostają szczegółowo poinformowani gdzie jadą i jakie problemy są najważniejsze dla miejscowej ludności. Wiedzą, że im więcej uścisną dłoni, tym więcej głosów prawdopodobnie zdobędą. Ludzie bowiem poniekąd „czują się zobligowani” do oddania głosu na kandydata, którego de facto „znają”.

To tylko kilka przykładów jak politycy starają się oczarować nas wyborców, licząc na nasze głosy. W kampanii nic nie dzieje się nic przypadkiem. Cały sztab profesjonalistów od wizerunku i PR-u pracuje na to, abyśmy uwierzyli, że kreowana przez nich rzeczywistość jest tą, która jest  prawdziwa.